Zaszufladkowany do: Bez kategorii

- Teraz już tu będziesz dłużej? Do kiedy? – Jak długo będziemy na Ciebie czekać? – Kiedy wracasz? – wróciłeś? Odjazd – Przyjazd. Sam nie wiem. Rytualne pożegnanie, prezenty, dowody miłości, przekazanie pokoju, odłączenie komputera, mycie lodówki… Rytualne powitanie, koncert, nowe projekty, nakręcanie sprężyny, plany i dyskusje. A ja w tym wszystkim gdzieś pomiędzy. Nie skończony, nie zaczęty.
Taki zawieszony. To jest dopiero odjazd!
Zaszufladkowany do: Bez kategorii
Wieści o niej przychodzą jak przypływ. Zalewają egzotyczną wodą słów i myśli. Ciepłą i przyjemną jak miłosne uniesienie lub złowrogo lodowatą. Zawsze obcą. Fala niesie do niej bezwiednie i bezwolnie. Wznosi się i opada. Na grzbiecie łaskocze grzebieniem. W dolinie zasłania horyzont. Wnosimy się do niej i opadamy na przemian.

Na Mazurach i gdzie indziej. Wszędzie warstwy. Podskórne prądy. Równoległe światy. Kiedy się złuszczają – boli.


Zaszufladkowany do: Bez kategorii | Tagi: Abbadon, Finał, Kana, teatr, Wierszalin
U Wierszalinów w Supraślu spektakl. Życie snem. Calderon po grotowskiemu trochę, choć trudno o nowego Cieślaka. 90 minut w przestrzeni rodem z Księcia Niezłomnego. Po ostatniej scenie wieloznacznej i symbolicznej zapadła cisza i ciemność. Tężała w nieskończoność. Trwała wieczne minuty i oczekiwała na włączenie rzeczywistości przy pomocy pierwszego oklasku. Jakbym słyszał Zygmunta: tylko mi sie nie waż zapalić świateł k… dopóki nie usłyszysz pierwszego oklasku. – A jak nie zaklaszczą? – To wyjdą po ciemku gamonie.
Niekrasow pokazał jak się reżyseruje finały w rosyjskim balecie. Kiedy już ręce od klaskania bolą i wszyscy po kolei powtórzyli swoje najlepsze grepsy tancerze jeszcze raz ustawieni po horyzontem w zwarty rząd biegną do przodu rozszerzając go w tanecznym biegu po krawędzie portalu. Wrażenie niezwykłe – jak rozkwitający bukiet rąk, nóg i postaci. Publiczność wtedy szaleje z zachwytu.
A podczas popularnego koncertu miłość do muzyków dyrygent wymusza Marszem Radeckiego właśnie wtedy, gdy oklaski słabną do zera. I bije motłoch rytmicznie wierząc, że było super…
Ciemna cisza nabrzmiała wystarczająco. Tym razem jak zwykle klasnąłem pierwszy. Posypała się lawina a wraz z nią zajaśniała scena – wymiętoleni alternatywni artyści już stali w szerokich uśmiechach pod horyzontem i z radością skłonili w naszą stronę tułowie. Miał rację ten, który wymyślił greps: kochają nas…
PS. Po Abaddonie KANY w 80-tym roku nigdy nikt nie klaskał. Ludzie wychodzili ze zwieszonymi głowami.

